Internetowe e-portfolio, czyli moje życie w kilku słowach. Moje osiągnięcia, sukcesy i marzenia, te spełnione i te do których wciąż dąże.

PUBLICYSTYKA

GRECKIE RUINY

Po długiej batalii Francja i Niemcy dogadały się w sprawie pomocy greckiej gospodarce. Jak pomagać by nie zaszkodzić i czy na pewno warto? Sprawa byłaby prostsza gdyby nie … euro.


MOCARZE I ŚWINIE

Euro przeżywa kryzys. Co do tego nie ma wątpliwości. Wspólna waluta już dawno nie była tak krytykowana. Austriacki ekspert giełdowy Michael Kordovsky uważa nawet, że „ euro w tym roku umrze”. Inni ekonomiści nie są takimi pesymistami, przewidują jednak rozpad strefy euro na dwa obozy. Z jednej strony najsilniejsi gracze – Niemcy, Belgia czy Holandia, w których od lat słychać głosy o utworzenie państwowych banków emisyjnych i przywrócenie narodowej waluty. Z drugiej strony – świnie, PIGS – Portugalia, Italia ( również Irlandia ), Grecja i Hiszpania ( Spain ) - kraje dawnych walut miękkich.
A miało być tak pięknie… Gdy u naszych zachodnich sąsiadów Bundestag miał rozstrzygać kwestię przyjęcia euro Helmut Kohl przekonywał, że to kwestia wojny i pokoju. Euro miało stać się spoiwem na zawsze łączącym kraje przez wieki toczące ze sobą wojny.
Dziś wielu jest zdania, że to właśnie euro stanie się przyczyną przyszłych konfliktów.
Ochrona euro jest jednak niemalże pewna. Nauczenie na błędach włodarze wspólnoty nie dopuszczą do sytuacji, do której doszło w 2008 roku w Stanach Zjednoczonych. Rząd amerykański stanął wtedy przed problemem, czy wesprzeć bank Lehman Brothers czy ogłosić jego bankructwo. Gdy ogłoszono upadłość kostki domina zaczęły się przewracać. Stąd obawa przed greckimi problemami.


NIE MA WOLNOŚCI I SOLIDARNOŚCI

Euro jest narzędziem ograniczającym suwerenność państw, jednocześnie miało ono poszerzyć współdecydowanie w sprawach gospodarczych Unii. Miało też za zadanie dyscyplinować rozrzutnych i wymuszać solidarność biednych i bogatych. Ale w wolnej gospodarce trudno mówić o solidarności. Nawet w państwie narodowym widać niechęć regionów bogatszych do pomocy tym biednym. Doskonałym przykładem na tę „ solidarność ” jest reakcja wielu państw na potrzebę pomocy chorej greckiej gospodarce. „ Grecy to od dwóch tysięcy lat lenie i cwaniacy” – można było przeczytać w prasie niemieckiej. Sami obywatele Niemiec reagują z niechęcią na pomysł, że to ich budżet ma łatać greckie dziury. Dwaj niemieccy parlamentarzyści zaproponowali nawet Grecji, by sprzedała wyspę, by ratować swoje finanse.
Również w Polsce słychać w tej sprawie wiele sceptycznych komentarzy. Profesor Rybiński ze Szkoły Głównej Handlowej uważa, że należy pozwolić Grecji zbankrutować, gdyż wpłynie to mobilizująco na inne kraje strefy euro które nie zreformowały swoich gospodarek. Chodzi tu przede wszystkim o kraje kultury śródziemnomorskiej. Gdyby nie euro nie byłoby tak wielu dyskusji o wspólnej zależności i odpowiedzialności każdego z państw Unii. Grecja mogłaby, tak jak ponad rok temu Węgry czy Rumunia skorzystać z szybkiej akcji pomocy Międzynawowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego.

HOMO SOVIETICUS

Interesująca w tej sprawie jest również skłonność europejczyków do historycznych porównań, która pojawiła się od razu w obliczu problemów. Na oskarżenia naszych zachodnich sąsiadów Grecy zareagowali szybko i ostro. Nazwali Niemców nazistami, którzy nigdy nie spłacili swych win i nie powinni odmawiać nikomu pomocy. Wróciło też klasyczne przeciwstawienie kultury nordyckiej kulturze śródziemnomorskiej. To właśnie południowcy, ze swoimi klasycznymi cechami lenistwa i lekkomyślności mają zagrażać poważnej i statecznej północy. Gdzie w tym wszystkim jest Polska? Nasza słowiańska, a może raczej postkomunistyczna część wspólnoty przyzwyczajona jest do kryzysu. Zwraca na to uwagę premier Litwy Andrius Kubilius mówiąc, że kraje z tej części kontynentu, które przeszły przez doświadczenia radzieckie są przygotowane na niezbędne wyrzeczenia i podaje przykład. Podczas gdy Grecy protestują przeciwko nieuchronnym cięciom budżetowym, które oznaczają dla obywateli obniżkę płac o 20 proc., na Litwie, gdzie kryzys finansowy spowodował załamanie się gospodarki o 18 proc. Ludzie akceptują ostry program oszczędnościowy. Premier naszych sąsiadów przekonuje, że w naszej części Europy ludzie nie dadzą się nabrać na piękne słówka, bo niejeden z nas pamięta obietnice Chruszczowa, że ZSRR niedługo wyprzedzi kapitalistyczny Zachód. „Robimy to, co musi być zrobione. Nawet kosztem nieuniknionych wyrzeczeń”.

NIEMIECKA DOBROĆ

Mimo złośliwych komentarzy i wielu wątpliwości pomoc ze strony Niemiec jednak nadeszła , wsparcie to przewiduje skoordynowane, dobrowolne pożyczki dwustronne, uzupełnione wsparciem Międzynarodowego Funduszu Walutowego . Pożyczki te mają być oprocentowane według stawek rynkowych. Uzgodnione przez prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego i kanclerz Niemiec Angelę Merkel na spotkaniu tuż przed szczytem stanowisko zakłada, że do końca roku eurogrupa przedstawi raport o możliwościach wzmocnienia zarządzania ekonomicznego w strefie euro. Ma to zagwarantować większą kontrolę nad dyscypliną finansową krajów członkowskich.
Tak jak postulowały Niemcy, wsparcie miało być uruchomione "w ostateczności", po zwróceniu się o pomoc przez Grecję.Minister finansów greckiego rządu George Papaconstantinou długo zaznaczył jednak że Ateny nie wybierają się na czwartkowy szczyt Unii w charakterze "żebraka". Podkreślił, że jego kraj oczekuje mechanizmu, który zagwarantuje stabilność całej strefie euro. „Grecja potrzebuje do końca maja nie więcej niż 15,5 mld euro do obsługi zadłużenia” informował w ostatnim tygodniu marca szef agencji ds. obsługi zadłużenia publicznego Petros Christodoulou.
Obietnica udzielenia pomocy jest pozytywnym sygnałem dla rynków, jednak Grecja ma nadzieję, że nigdy z tej pomocy nie będzie musiała korzystać - powiedział grecki premier tuż po spotkaniu przywódców europejskich.

CO DALEJ ?

Grecki kryzys oprócz wymiernych skutków ekonomicznych przyniósł także nowe pytania i wątpliwości. Kryzys wzmocnił zwolenników integracji nalegających na pogłębienie Unii. Prezydent Francji zaproponował stworzenie unijnej polityki gospodarczej w UE, a niemieccy eksperci – wprowadzenie sankcji za łamanie postanowień z Maastricht, w ubiegłym roku żaden kraj – poza Finlandią - nie spełniał kryteriów strefy euro. Co bardzo istotne twardych limitów traktatu z Maastricht bliżej trzymały się państwa, które dopiero pretendują do strefy euro, natomiast te, które wspólną walutę już przyjęły traktują te wytyczne beztrosko. Wiedzą, że Unia Europejska nie ma na nich żadnych sankcji. Dla sceptyków jest to kolejny dowód na to, że wspólna waluta nie scala Europejczyków. To tylko postulaty, bo wciąż nie ma konkretnych pomysłów jak połączyć systemy socjalne, rynki pracy oraz fundusze emerytalne i jaka instytucja powinna być odpowiedzialna za koordynację polityki gospodarczej. Jednak narasta świadomość, że receptą na kryzys nie jest zasada: ratuj się kto może, lecz wzajemne wsparcie w ramach Europy. Może się okazać, że skutek południowego kryzysu będzie zupełnie inny, od tego który przepowiadają pesymiści. Przyszłość euro oraz całej wspólnoty będzie niezagrożona, natomiast państwa członkowskie będą musiały narzucić sobie znacznie więcej dyscypliny finansowej oraz (co jak pokazał przypadek Grecji) unijnej solidarności. Europejczycy, którzy „ stworzyli ” silną walutę nie mogą teraz z niej zrezygnować i zaryzykować utraty kontaktu z najsilniejszymi gospodarkami. Pozostaje nam mieć nadzieję, że krajom członkowskim nie zabraknie energii i pouczeni problemami Grecji sami postarają się powalczyć z własnymi problemami. Według ekspertów następna może być Portugalia, z która kryzys nie obszedł się łagodnie skutkując dwucyfrowym deficytem – 13,4 proc oraz Włochy, których dług publiczny wyniósł w ubiegłym roku aż 114, 6 proc.!


TURCJA A UNIA EUROPEJSKA


Fakt, że Turcja jest wyjątkowym krajem spośród aspirujących do przyjęcia do wspólnoty jest dla większości mieszkańców Europy oczywisty. Wiele problemów i wątpliwości, znacznie rzadziej słyszymy o korzyściach, które mogłyby wyniknąć z tego układu.

Problemy

Znamienne jest to, iż w powszechnej świadomości obecne są częściej argumenty przeciwko kandydaturze tego państwa. A tych, trzeba przyznać jest wiele: tylko 3% powierzchni tego kraju leży w geograficznie definiowanej Europie, ponadto dzieli ponad tysiąc kilometrów granicy z krajami Bliskiego Wschodu: Iranem, Irakiem i Syrią. Wolny przepływ ludzi mógłby ułatwić terrorystom islamskich przedostawanie się na tereny Europy Zachodniej. Kontrowersje budzi również polityka Turcji wobec Kurdów oraz kwestia Cypru Północnego, oraz fakt, że Turcja leży w islamskim kręgu kulturowym, zaś Europa w chrześcijańskich, przez co mentalność Turków znacznie różni się od moralności Europejczyków. W kwestii ekonomii turecka gospodarka jest duża i relatywnie słabo rozwinięta, co spowodowałoby dodatkowe koszty dla starych członków UE oraz spodziewaną falę migracji i utratę "europejskich" miejsc pracy na rzecz tego państwa. Należy odpowiedzieć sobie więc na pytanie, czy UE stać na przyłączenie kolejnego dość biednego państwa. Gdyby integracja miała dotyczyć tylko zachodniej część Turcji, sprawa wydawałaby się o wiele łatwiejsza. Gospodarka turecka, choć słaba w porównaniu np. z francuską, jest dużo silniejsza niż gospodarka Bułgarii czy Rumunii.. Z drugiej strony do Unii weszłyby spore obszary skrajnej biedy, co zmusiłoby Brukselę do zmniejszenia dotacji do niedoinwestowanych regionów obecnej UE – jest to niekorzystne dla wielu krajów, m.in. dla Polski. Korzyści, które niesie ze sobą ewentualna akcesja Turcji są z reguły przemilczane. O ile więc obecne nasilenie się debaty o tej kontrowersyjnej kandydaturze odbija się dosyć szerokim echem w unijnym społeczeństwie, o tyle rzadziej spotkać się można ze świadomością, jak długa i skomplikowana była droga do 3 października 2005 roku, kiedy to UE oficjalnie rozpoczęła negocjacje z Turcją. W rzeczywistości Turcja stowarzyszyła się ze Wspólnotą Europejską już w maju 1963 roku, co nastąpiło w czwartą rocznicę zgłoszenia przez Ankarę chęci udziału w Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej. Jak często podkreślają tureccy politycy żaden inny kraj nie musiał czekać ponad czterdzieści lat na rozpoczęcie właściwych negocjacji z Unia Europejską. Warto uświadomić sobie fakt, że początki drogi Turcji do członkowstwa w UE sięgają czasów, gdy Stany Zjednoczone rozpoczynały dopiero etap poważnego zaangażowania w Wietnamie, w Afryce wciąż jeszcze trwała dekolonizacja a w sąsiednim Iranie rządy sprawował Szach Mohammed Reza Pahlawi. W tym kontekście łatwiej jest zrozumieć frustrację części tureckiej sceny politycznej, gdy kolejne spotkania z unijnymi dyplomatami wciąż nie przynoszą oczekiwanych rezultatów.

A jednak…

Jakie więc mogą być potencjalne korzyści dla Unii Europejskiej, skoro pomimo tylu kwestii spornych wciąż nie odrzuca się możliwości tureckiej integracji? Poza możliwościami, które kreować będzie wspólny rynek warto wspomnieć o co najmniej dwóch innych, a to głównie dlatego, że korzyści z handlu możliwe są do osiągnięcia bez głębokiej integracji na płaszczyznach innych niż ekonomiczna. Pierwsza możliwość, która od kilku lat staje się coraz częściej wysuwaną przez środowiska popierające tureckie aspiracje, odnosi się do idei Turcji jako pomostu pomiędzy religiami i cywilizacjami. W kontekście trudnych, dla wielu nie do pokonania, relacji pomiędzy tak zwanym światem Zachodu a światem muzułmańskim, Turcja wydaje się być idealnym kandydatem do roli arbitra toczonych sporów. Podkreśla się, że pomimo faktu, iż ludność Turecka to w blisko 100% muzułmanie, w kraju tym istnieją warunki do pokojowego współistnienia demokracji i innych wartości cennych dla Zachodu wraz z pokojowym i nieodcinającym się od współczesnych zjawisk, takich jak chociażby globalizacja, islamem.
Druga istotna korzyść jawi się w sferze polityki. Strategiczne położenie Turcji doceniono już w roku 1952, kiedy przyjęto ją do struktur NATO. Obecnie, położenie to nabiera szczególnego znaczenia. Turcja w Unii dałaby jej możliwość faktycznego zdobycia wpływów na Bliskim Wschodzie. Fakt graniczenia tego kraju z takimi państwami jak Iran, Irak czy Syria daje dużo do myślenia. Dla przeciwników Turcji w UE świadomość dzielenia granic Unii z tymi państwami wydaje się być nie do zniesienia. Tymczasem oprócz ewidentnych zagrożeń warto zauważyć, jak duży wpływ na przyszłe zachowania wymienionych państw będzie miała polityka samej Turcji. Rząd w Ankarze od dawna zdaje sobie sprawę ze strategicznego położenia swego państwa i coraz odważniej wykorzystuje ten fakt. Przykładem może być realizowany Projekt Południowo-Wschodniej Anatolii, który w zamierzeniu ma umożliwić Turcji przejęcie całkowitej kontroli nad dwoma największymi źródłami wody w rejonie, rzekami Tygrys i Eufrat. Budowa systemu nowoczesnych tam, które dadzą stronie tureckiej panowanie nad deficytowym w tym regionie świata zasobem, może w opinii ekspertów doprowadzić do uzależnienia sąsiadów Turcji, w tym głównie Syrii, od decyzji Ankary. Biorąc pod uwagę takie działania strony Tureckiej, widać wyraźnie, że jest to państwo, które należeć będzie w przyszłości do rozdających karty na Bliskim Wschodzie.

Pytania i wątpliwości

Kandydatura Turcji jest dobrym powodem by zadać kilka ważnych pytań, a przede wszystkim znaleźć na nie odpowiedź. Podstawowym pytaniem jest więc, czy Unia Europejska powinna się w ogóle dalej rozszerzać, a jeżeli tak, to w którym kierunku? Dlaczego przyjmować do klubu Turcję podczas gdy w środku Europy znajduje się spory obszar pozostający poza granicami UE? Negocjacje z Chorwacją, krajem mimo wszystko bardziej przystosowanym do integracji niż Turcja, przeciągają się. Inne państwa tej strefy są albo na początku drogi do UE (Macedonia, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina) albo niedawno zawróciły z drogi wręcz przeciwnej (Serbia) albo znajdują się w stanie zupełnego rozkładu (Kosowo, Albania). Może przed przyjęciem Turcji warto by zainteresować się tymi obszarami i skoncentrować wysiłki na przyjęciu właśnie ich do UE? A co w takim razie z takimi krajami jak Białoruś, Ukraina? Białoruś na razie nie wchodzi w grę, ale w momencie upadku Łukaszenki z pewnością temat ten się pojawi. Na Ukrainie po odejściu Kuczmy pojawiła się wola polityczna zacieśnienia więzów z UE, ale czy Unia byłaby przygotowana na przyjęcie tak dużego kraju, gospodarczo gorzej prosperującego niż Turcja? Przyjęcie Turcji mogłoby również oznaczać przyjęcie Armenii, Gruzji i Azerbejdżanu – co w takim razie z północną częścią Kaukazu? Może i Rosja powinna wstąpić do UE? A może UE powinna się, po przyjęciu Turcji, rozwijać w kierunku południowym. Może należy przyjąć Maroko, a jeżeli Maroko, to dlaczego nie np. Saharę Zachodnią? Czy w ogóle kiedyś nastąpi koniec dalszego rozszerzania Unii? Kolejnym ważnym problemem jest wątpliwość czy należy przyjmować do Unii państwa niechrześcijańskie? Turcja przez kilka stuleci prowadziła w Europie krwawą ekspansję połączoną z islamizacją. Jednak po reformach Ataturka sytuacja się zmieniła – może więc warto nagrodzić wysiłki Turków? Turecki nacjonalizm był i jest skierowany przeciwko islamowi, w którym upatruje jedną z głównych przyczyn załamania Imperium Osmańskiego. Poza tym w samej Europie znajduje się kilka państw muzułmańskich (co prawda wszystkie one zostały zislamizowane przez Turków właśnie), a i większości krajów tzw. starej Unii nie da się nazwać chrześcijańskimi. Przyjęcie Turcji do Europy wymusiłoby osłabienie roli armii w tym kraju. Tym samym zaistniałoby poważne niebezpieczeństwo przekształcenia Turcji w republikę islamską, gdyż od czasów Ataturka wojsko jest głównym i jedynym pewnym gwarantem świeckości państwa. Turecka republika islamska musiałaby zaakceptować głębokie rozwiązania demokratyczne (a wtedy przestałaby być islamska) albo wycofać się z UE, czego jeszcze nikt nie dokonał ani nawet nie próbował.
Powyższa lista nie wyczerpuje wszystkich problemów związanych z europejską integracją Turcji, lecz stanowi jedynie zaproszenie do dyskusji. Najbliższe lata z całą pewnością nie przyniosą pełnej integracji Turcji z Unią Europejską. Nawet najwięksi optymiści nie przewidują możliwości akcesji Turcji przed rokiem 2015.


FORTUNA KOŁEM SIĘ TOCZY

Fortuna kołem się toczy. Znane powiedzenie przybiera bardziej dosłownego znaczenia, jeśli mówimy o prawdziwych fortunach. Ile zarabiają kierowcy formuły 1 i ile można zarobić w innych dyscyplinach?

Sport jest w dzisiejszych czasach jedną z najbardziej dochodowych branży na świecie. Dostarcza on więcej dochodów niż na przykład branża erotyczna czy hotelarska. Kluby piłkarskie prześcigają się w wielkości ofert składanych zawodnikom. Kwota zapłacona za Cristano Ronaldo przez Real Madryt - 300 mln euro - budzi wyobraźnię wielu. Obecnie ze sportem związane są setki innych branż, jak choćby reklamowa, odzieżowa czy kosmetyczna. Wiele klubów sportowych jest już notowane na giełdzie. Ich akcje przynoszą im milionowe zyski. W skali światowej nadal najbardziej dochodowym i popularnym sportem jest piłka nożna.

Milionerzy

Ile są warte roczne zarobki 20 najbogatszych sportowców świata? Według fachowego, biznesowego "Forbesa" dokładnie 789 milionów dolarów zarobionych przez elitę pomiędzy czerwcem 2008 i czerwcem 2009 roku. Obliczenia magazynu są dokładne i obejmują wypłaty z kontraktów, różnorakich bonusów, reklam oraz umów licencyjnych poszczególnych sportowców i nie odliczają podatków oraz czasami horrendalnie wysokich honorariów agentów lub, w przypadku boksu, promotorów sportowców. By znaleźć się na liście "Forbesa" trzeba było zarobić przez dane dwanaście miesięcy przynajmniej 30 milionów dolarów. Najlepszą dziesiątka najbogatszych przedstawia się następująco:
1. Tiger Woods (golf, 34 lata) - 110 mln dolarów
2. Kobe Bryant (koszykówka, 31 lat) - 45 mln dolarów
3. Michael Jordan (koszykówka, 46 lat) - 45 mln dolarów
4. Kimi Raikkonen (Formuła 1, 30 lat) - 45 mln dolarów
5. David Beckham (piłka nożna, 34 lata) - 45 mln dolarów:
6. LeBron James (koszykówka, 25 lat) - 40 mln dolarów
7. Phil Mickelson (golf, 39 lat) - 40 mln dolarów
8. Manny Pacquiao (boks, 31 lat) - 40 mln dolarów
9. Valentino Rossi (wyścigi motocyklowe, 30 lat) - 35 mln
10. Dale Earnhardt jr. (wyścigi NASCAR, 35 lat) - 35 mln dolarów

Sukces po polsku

W naszym kraju sport również może być bardzo dochodowym zajęciem. Warunek jest jeden – trzeba osiągać sukcesy. A te w rezultacie, prędzej czy później przełożą się na konkretne pieniądze. Sport dla uprawiających go ludzi już dawno przestał być tylko dodatkowym zajęciem. Bardzo szybko okazało się, że zawodnicy, którzy nie poświęcali codziennie wielu godzin na treningi szybko odpadali. Jedni za miesiąc wysiłku zarabiają więcej, niż przeciętny Kowalski w rok. Dla innych sport zawodowy to jedynie forma dorobienia do tradycyjnej pensji. Ci, którzy osiągnęli sukces zarabiają niewyobrażalne sumy.
Oto lista najlepiej zarabiających polskich sportowców 2009:

1.Robert Kubica (Formuła 1, 26 lat) – 17 mln zł.

2. Tomasz Kuszczak (piłka nożna, 27 lat) – 10,360 mln zł.

3. Marcin Gortat (koszykówka, 26 lat)– 7,300 mln zł.

4. Artur Boruc (piłka nożna, 30 lat)– 7,020 mln zł.

5. Agnieszka Radwańska (tenis, 21 lat) – 6,700 mln zł.

6. Jerzy Dudek (piłka nożna, 37 lat) –6 mln zł.

7. Łukasz Fabiański (piłka nożna, 25 lat) –5,850 mln zł.

8. Sebastian Janikowski (futbol amerykański, 32 lat) - 5,600 mln zł.

9. Tomasz Gollob (żużel, 39 lat) -4,820 mln zł.

10. Ireneusz Jeleń ( piłka nożna, 29 lat)– 4,540 mln zł.

Zestawienie pokazuje, że najbogatsi polscy sportowcy zarabiają głównie za granicą (z czołowej "10" tylko żużlowiec Tomasz Gollob występuje w polskim klubie). Świadczy to m.in. o słabości polskiego sportu od strony finansowej.
Mimo marnej ostatnio kondycji krajowego futbolu, w czołowej "10" jest aż 5 piłkarzy. Czterech z nich to rezerwowi bramkarze słynnych klubów z Anglii i Szkocji. Trzeba jednak pamiętać, że w tej dyscyplinie najlepiej opłacani są ofensywni gracze z pola.
Pozostali, obecni na liście sportowcy to na ogół jedyni polscy przedstawiciele swoich dyscyplin (Kubica w F1), najsilniejszych światowych lig (Gortat w NBA, Janikowski w NFL) lub jedyni, którzy w swoim fachu są polskimi "rodzynkami" w czołówce światowej (Radwańska - jedyna Polka w czołowej dziesiątce rankingu WTA). Warto zauważyć, że wynagrodzenia zawodowych sportowców to najczęściej tajemnica handlowa - dlatego i zawodnicy, i ich pracodawcy o konkretach mówią zawsze niechętnie. Sportowcy zakładają jednoosobowe firmy, wystawiają faktury za swoje usługi, a w kontrakty wpisują obowiązek poufności.

Książe i żebrak

Pieniądze, jakie krążą w sporcie w Polsce są nierówne. Zawodowi hokeiści na południu Polski mają szansę na znacznie większe wynagrodzenie, niż np. w Gdańsku czy Toruniu - tylko dlatego, że właśnie na Śląsku tradycje tego sportu są znacznie większe, a również łatwiej o sponsorów. Wiele zależy też od odgórnych regulacji. W koszykarskiej ekstraklasie kluby w ostatnich latach zatrudniały sporo zawodników zagranicznych – głównie ze Stanów Zjednoczonych oraz z Bałkanów - bo często okazywali się tańsi niż Polacy. Od jesieni w zespołach jest regulowana liczba krajowych zawodników, więc nawet ci słabsi, znaleźli kluby. A ich wynagrodzenia, mimo kryzysu, nieznacznie wzrosły. Wielki kontrast pomiędzy najbogatszymi sportowcami, a tymi, którzy na sporcie praktycznie nie zarabiają przedstawia poniższe zestawienie.
Ok. 120 000 zł - Wynagrodzenie najlepiej opłacanego piłkarza w Polsce, Łukasza Garguły z Wisły Kraków. Ma kontrakt na poziomie 1,4 mln zł rocznie.

83 000 zł- Tyle, dzieląc milionowy kontrakt na 12 miesięcy, ma z gry w siatkówkę Mariusz Wlazły - gwiazda tej dyscypliny w kraju.

29 000 zł - Wypłata (w trakcie 9-miesięcznego sezonu) Leszka Laszkiewicza, najlepszego hokeisty ekstraklasy. Kilka lat grał za granicą, ale wrócił do Polski, bo w Krakowie otrzymał kontrakt lepszy od zachodnich.

5 000 zł - Stypendium olimpijskie wypłacane Annie Rogowskiej, czołowej lekkoatletce kraju.

2 800 zł - Stypendium, na które może z ministerstwa liczyć wioślarz reprezentacji Polski.
370 zł - Za każdy udany mecz tyle zarabiają piłkarze halowi grający na zapleczu ekstraklasy.
0 zł - Dla własnej satysfakcji szermierkę trenuje kandydatka do startu w igrzyskach olimpijskich w Londynie, jedna z najlepszych zawodniczek młodego pokolenia. Klub zapewnia trenera, miejsce do zajęć, ale nie stać go na pomoc finansową. Zawodniczkę ratuje stypendium od samorządu - 500 zł.

Siła reklamy

Zarówno na Zachodzie jak i w Polsce sponsorowanie sportu staje się dochodowym biznesem. Sport ułatwia powstawanie pozytywnych skojarzeń i zapamiętywanie nazw produktów i firm.
W Niemczech firmy najchętniej wspierają masowe imprezy sportowe, które stanowią aż 70-80 procent wszystkich akcji sponsorskich. Ze znalezieniem sponsorów nie mają problemów kluby piłkarskie Bundesligi, gdyż wysoki poziom futbolu gwarantuje skuteczną i stosunkowo niedrogą reklamę w trakcie transmisji telewizyjnej. Równie atrakcyjne dla sponsorów są wyścigi Formuły 1. Na kontrakt ze znanym kierowcą przeznacza się 2-3 mln euro rocznie.
W Polsce jeszcze do tego daleko, choć według miesięcznika "Sport Business Review", za niektóre z polskich twarzy trzeba już trochę zapłacić. Robert Kubica to zdecydowany lider w rankingu wartości marketingowej polskich sportowców przygotowanym przez dziennik "Metro" i firmę Pentagon Research. Z dziesiątki branych na warsztat gwiazd Kubica jest jedynym, który mógłby otrzymać za reklamę gażę równą milionowi. Twórcy rankingu brali pod uwagę popularność sportowca i jego dyscypliny - stąd wysokie noty kierowcy oraz plasujących się za nim Marcina Gortata i Adama Małysza. Nie dziwi przy tym brak piłkarzy w rankingu. "Jakie wyniki, taka płaca" - komentuje "Metro".
Wciąż jest to dużo mniej od gaż zagranicznych sportowców. Za wieloletnie promowanie znanych marek ich zarobki są liczone w milionach. Najbogatszy we wspomnianym rankingu piłkarz – Beckham ogromną część swojej fortuny zarobił dzięki kontraktom reklamowym. Szacowana wartość jego zarobków za promowanie Adidasa wynosiła około 4,7 miliona euro rocznie, za Pepsi - 2 miliony dolarów rocznie, za Vodafone milion euro, za Gillette - 2-3 miliony funtów, za Coty (perfumy) - 4 miliony funtów. Najbogatszy w zestawieniu – Woods
za noszenie czapeczki z łyżwą Nike'a dostaje ponoć 30 mln rocznie. Wysokość umowy z producentem napojów Gatorade jest niejasna, ale według spekulacji magazynu "Golfweek" mogła sięgać nawet 100 milionów dolarów za pięć lat. Ciekawym przykładem jest też legenda koszykówki - Michael Jordan , który przeszedł na emeryturę już sześć lat temu, ale jest ciągle najbardziej rozpoznawalnym i najsłynniejszym sportowcem w USA. Seria "Jordan" robiona przez Nike przekroczyła w sprzedaży już miliard dolarów, zamieniając MJ w fenomen reklamy XX wieku. Słynny „ 23” dostaje 45 milionów dolarów rocznie od Nike'a.


ROPA U WYBRZEŻY ZATOKI MEKSYKAŃSKIEJ

Ameryce grozi potężna i potencjalnie bezprecedensowa katastrofa, za którą całkowitą odpowiedzialność ponosi BP - powiedział prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama. Skutki i zagrożenia wypadku nie są jeszcze do końca znane, ale z pewnością odczuje je każdy z nas.
Co najmniej dwadzieścia żółwi morskich znaleziono martwych wzdłuż amerykańskiego wybrzeża w stanie Missisipi - podała w zeszłym tygodniu amerykańska telewizja ABC. Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że niektóre z martwych gadów to zagrożone wyginięciem żółwie zatokowe.
Niepokojące informacje na ten temat z pewnością martwią wielu ekologów. Jak zwykle bywa jednak w takich sytuacjach to nie los zwierząt czy ryb martwi najbardziej Amerykanów. Większość z nich zastanawia się bowiem – kto za to zapłaci? Zniszczenia w środowisku morskim Zatoki Meksykańskiej po spowodowanym wybuchem platformy wiertniczej wycieku ropy mogą przynieść i tak słabej teraz przecież gospodarce USA miliardowe straty.

BP - Kolos na glinianych nogach?

Brytyjski koncern BP bronił się początkowo wskazując, iż za operację, która doprowadziła do wybuchu i zatonięcia platformy odpowiadała szwajcarska spółka Transocean, będąca właścicielem i operatorem platformy , a w chwili wybuchu tylko sześciu pracowników na ogólną liczbę 126 na platformie było pracownikami BP. Amerykańska organizacja ochrony środowiska Gulf Restoration Network sądzi jednak, że BP w 100% odpowiada za katastrofę, ponieważ jest właścicielem platformy, właścicielem sprzętu,
Ostatecznie prezes koncernu naftowego BP Tony Hayward zadeklarował, że jego firma zlikwiduje w całości skutki tej katastrofy ekologicznej i zapewni rekompensaty poszkodowanym zaznaczając jednocześnie, że kiedy skargi zaczną napływać, niewielkie roszczenia będą wypłacane natychmiast, te większe będą musiały przejść pewien proces. Mimo to według działu energetycznego agencji ratingowej Fitch, koszty powstrzymania wycieku i oczyszczenia okolicznych akwenów mogą sięgnąć od 2 od 3 miliardów dolarów!
Poza ogromnymi stratami związanymi z kosztami akcji usuwania ropy oraz wypłatą odszkodować koncern BP, który prowadził prace wiertnicze w miejscu katastrofy poniesie wielkie wydatki by ocieplić wizerunek, który już znacznie ucierpiał. Od chwili wypadku wartość akcji firmy sukcesywnie spada. Jak napisał „ Guardian” - "British Petroleum desperacko próbuje nie tylko powstrzymać falę ropy zmierzającą w stronę wybrzeży Luizjany, ale także uśmierzyć przybierającą na sile polityczną burzę, która wymiotła miliardy funtów z wyceny akcji koncernu". Nie należy się jednak spodziewać, by brytyjskie przedsiębiorstwo miało szybko ogłosić bankructwo. BP jest obecnie trzecim co do wielkości przedsiębiorstwem petrochemicznym na świecie (po firmie ExxonMobil oraz Royal Dutch/Stell), a w ubiegłym roku świętowało 100 – lecie istnienia na rynku. BP jest również największą spółką notowaną na londyńskiej giełdzie.

Ale to już było…

Rozciągająca się na powierzchni 1300 km kwadratowych plama ropy naftowej, 3800 km zalanego czarną mazią wybrzeża, niezliczone ilości martwych ryb, ptaków, fok, morsów i wielorybów – tak pod koniec marca 1989 r. wyglądały południowe wybrzeża Alaski Ropa wypłynęła z tankowca Exxon Valdez, który wpadł na rafę.
Była to jedna z największych katastrof ekologicznych spowodowanych przez człowieka. Koncern „Exxon” z własnej inicjatywy przystąpił do czyszczenia wybrzeży Alaski z ropy naftowej. Podjęta akcja kosztowała 200 milionów dolarów. Oprócz kosztów usuwania szkód ekologicznych koncern Exxon zapłacił ok. 5 miliardów dolarów odszkodowań i kosztów prawnych – przypominają media. Z tankowca wyciekło wtedy 11 milionów galonów (42 milionów litrów) ropy.
Obecnie z uszkodzonej platformy wiertniczej wycieka ok. 5 tys. baryłek ropy dziennie (ok. 795 tys. litrów).
Skala wycieku w Zatoce Meksykańskiej jest mniejsza, ale zatamowanie go potrwa trzy miesiące. Wycena kosztów zmagań z wyciekiem to 6 milionów dolarów dziennie.

Pan płaci, pani płaci

Znacznie silniej skutki katastrofy odczują zwykli zjadacze chleba. Poławiacze krewetek z Luizjany już wystąpili z pozwem przeciwko obu tym spółkom zarzucając im niedbalstwo. Rybacy nie mogą łowić i nie wypływają w morze. Zablokowano też przybrzeżny połów krewetek. Ci, których dochód opiera się właśnie na krewetkach są najbardziej zdesperowani.
A do dopiero początek gdyż jak poinformował Neal McMahon, analityk z firmy inwestycyjnej Bernstein, rybołówstwo i przemysł rybny w tym stanie mogą stracić 2,5 miliona dolarów Produkcja w tej branży spadła już o 23 procent.
Nie tylko więc branża naftowa odczuje skutki wycieku ropy w Zatoce Meksykańskiej. Jedna z największych w historii Stanów Zjednoczonych katastrof ekologicznych spowoduje straty dla stanów Luizjana i Floryda w wielu innych sektorach. Obok rybołówstwa, którego znaczenie w amerykańskiej gospodarce wzrasta rok rocznie (zwłaszcza w 200 milowej strefie przybrzeżnej) również straty w branży turystycznej i transportowej na florydzkim wybrzeżu Zatoki będą ogromne. Floryda to przecież mekka turystów.
Bourgeois Fishing Charters ,firma która dysponuje dziesięcioma jachtami czarterowych i dwudziestoma domkami rybackimi, jest jednym z wielu przedsiębiorstw, którzy na własnej skórze odczują skutki ekologicznej katastrofy. „W rzeczywistości, o tej porze roku powinien dostać rezerwację na 10 rejsów dziennie," powiedział Bourgeois, właściciel firmy. "Rezerwacje jednak spadły, wzrosły anulacje zamówień, straty na razie szacuję na ok. 20 procent." Na razie ropy na plażach nie ma, a kąpieliska są otwarte. Mimo to Amerykanie już szacują, że branża turystyczna na wybrzeżu straci 3 miliardy dolarów.
Najgorszym i najbardziej odczuwalnym skutkiem tej katastrofy będzie jednak wzrost ceny paliw. Jeśli więc paliwowy gigant mocno ucierpiał w związku z katastrofą to finalnie zapłaci każdy z nas Na dokładne wyliczenie strat przyjdzie jednak czas po zakończeniu akcji ratunkowej, a ta według ekspertów potrwa przynajmniej trzy miesiące.

Nie ma tego złego…

Niewielu ludzi zwraca uwagę na gospodarcze skutki katastrofy, które dla niektórych są naprawdę pozytywne. Na obszarze, gdzie na co dzień pracują załogi firmy naftowej i rybacy po wypadku można było spotkać setki reporterów i pracowników ekip porządkujących.
Przedstawiciel Louisiana Workforce , firmy odpowiedzialnej za pomoc bezrobotnym mówi, że firma będzie przyjmować zamówienia na zadania z różnych firm, które biorą udział w pracach oczyszczenia Zatoki. Ale trudno powiedzieć, ile miejsc pracy uda się w ten sposób uzyskać. Liczba miejsc pracy jest bowiem zależna od tego, jaka część wykonawców będzie pochodziła z zewnątrz państwa, a także od tego, czy gwardziści krajowe będą wezwani do pomocy.
Również firmy masarskie, producenci kurczaków, wieprzowiny i wołowiny zacierają ręce i liczą na milionowe zyski. Wzrost ceny ryb i owoców morza z pewnością skłoni wielu Amerykanów do częstszej konsumpcji mięsa.
Jednym z obszaru handlu, które wyszedł z tej katastrofy stosunkowo obronną ręką jest żegluga. "W tej chwili nie ma żadnych istotnych opóźnień", powiedział Michael Lorino, prezes Associated. Plama ropy naftowej powoduje wprawdzie pewne opóźnienia, około dwugodzinne, ale ten dodatkowy czas, biorąc pod uwagę kilkudniowe podróże wielu statków i rutynowe zakłócenia dotyczące innych zagadnień, w tym np. pogody nie są z pewnością istotnym problemem.

Ważny jest jednak fakt, że skutki wycieku ropy naftowej czasem nie są widoczne i odczuwalne od razu i trzeba lat, żeby zobaczyć, jakie konsekwencje niosą ze sobą tego typu wypadki. Ekolodzy biją na alarm, ponieważ wycieki mają miejsce każdego dnia, choć jedynie te największe przyciągają uwagę mediów. Każdego roku do oceanów wpływają miliony litrów ropy wyciekającej z samochodów, platform wiertniczych czy statków.
Być może ten wypadek sprawi, że rządy baczniej przyjrzą się poczynaniom przemysłu wydobywczego i zmienią obowiązujące prawo.